Europejscy producenci warzyw od lat wskazują na nierówne warunki konkurencji z importem z państw trzecich. W UE systematycznie ograniczana jest liczba dostępnych substancji czynnych środków ochrony roślin, podczas gdy część warzyw sprowadzanych na europejski rynek może być produkowana z wykorzystaniem substancji, których unijnym rolnikom stosować już nie wolno. Komisja Europejska analizuje rozwiązania, które mogą zmienić tę sytuację.
Temat tzw. klauzul lustrzanych wraca w Unii Europejskiej coraz częściej. Ich podstawowa idea jest prosta: producenci spoza UE, którzy chcą sprzedawać żywność na europejskim rynku, powinni w większym stopniu spełniać wymagania podobne do tych, które obowiązują europejskich rolników.
Dla producentów warzyw może mieć to szczególne znaczenie. Ochrona wielu gatunków staje się w Europie coraz trudniejsza wraz z wycofywaniem kolejnych substancji czynnych. Jednocześnie na unijny rynek trafiają warzywa z państw trzecich, w których możliwości chemicznej ochrony mogą być szersze.
Zakazany w UE środek może być używany poza Unią
Obecnie fakt, że substancja czynna nie jest zatwierdzona do stosowania w UE, nie zawsze oznacza automatycznie, że żywność wyprodukowana poza Unią z jej wykorzystaniem nie może trafić na europejski rynek.
Decydujące znaczenie mają przede wszystkim obowiązujące najwyższe dopuszczalne poziomy pozostałości – MRL.
W praktyce prowadzi to do sytuacji budzącej sprzeciw europejskich rolników: producent w UE nie może zastosować określonej substancji, natomiast produkt rolny wyprodukowany z jej wykorzystaniem w państwie trzecim może zostać wprowadzony na europejski rynek, jeżeli spełnia obowiązujące wymagania dotyczące pozostałości.
Komisja Europejska sygnalizuje jednak zmianę podejścia. Szczególne znaczenie mają najbardziej niebezpieczne substancje zakazane w UE ze względów zdrowotnych lub środowiskowych. Jednym z rozważanych kierunków jest obniżenie dotyczących ich MRL do granicy oznaczalności.
JRC analizuje 18 najbardziej niebezpiecznych substancji
Wspólne Centrum Badawcze Komisji Europejskiej – JRC – przeanalizowało ekonomiczne skutki potencjalnego zaostrzenia wymagań wobec importowanej żywności.
Punktem wyjścia było aż 976 substancji czynnych niezatwierdzonych w UE. Następnie wyodrębniono substancje spełniające kryteria szczególnie wysokiego zagrożenia. Ostatecznie model ekonomiczny objął 18 substancji czynnych, 235 produktów i handel z 86 państwami.
Wśród substancji spełniających analizowane kryteria i pojawiających się również w innych dokumentach unijnych znajdują się m.in. cyprokonazol, karbendazym, mankozeb, tiaklopryd, izopyrazam, glufosynat czy tiofanat metylu.
To ważne przykłady również z perspektywy produkcji roślinnej. Wiele z tych substancji było lub nadal jest wykorzystywanych poza Unią jako fungicydy, insektycydy lub herbicydy.
Import może się zmniejszyć, ale 41% to skrajny scenariusz
Analiza JRC odbiła się szerokim echem przede wszystkim ze względu na informację, że nowe wymagania mogłyby ograniczyć import produktów rolnych do UE nawet o 41%.
Liczbę tę trzeba jednak właściwie interpretować.
Jest to najbardziej skrajny wariant, zakładający, że producenci spoza UE nie dostosują technologii produkcji, a objęte zmianami przepływy handlowe zostaną zatrzymane.
Jeżeli producenci z państw trzecich zaczną zastępować niedopuszczone substancje innymi rozwiązaniami, wpływ na handel będzie znacznie mniejszy. W pozostałych scenariuszach analizowanych przez JRC import zmniejszał się o około 8%, a nawet zaledwie 0,4%.
Kluczowe pytanie brzmi więc nie tyle, czy import zniknie, ale ile będzie kosztowało zagranicznych producentów dostosowanie technologii do europejskich standardów.
Bardziej wyrównane warunki dla producentów warzyw?
To właśnie tutaj pojawia się potencjalna korzyść dla europejskich gospodarstw.
Jeżeli producent pomidorów, papryki, cebuli, warzyw kapustnych czy innych gatunków w UE musi prowadzić ochronę bez określonych substancji czynnych, ponosi związane z tym koszty. Czasami oznacza to większą liczbę zabiegów, stosowanie droższych rozwiązań alternatywnych, większe ryzyko odporności agrofagów albo straty plonu.
Jeżeli importerzy zostaliby zobowiązani do spełnienia bardziej zbliżonych wymagań, część tej różnicy mogłaby zostać ograniczona.
JRC wskazuje, że zastępowanie niektórych substancji rozwiązaniami dopuszczonymi w UE może podnosić koszty produkcji. W analizowanym przypadku cyprokonazolu wzrost kosztów ochrony oszacowano na około 20–40%.
Oznacza to, że nawet jeżeli import nie zostałby zatrzymany, przewaga kosztowa części producentów spoza UE mogłaby się zmniejszyć.
Nie chodzi tylko o pozostałości
To również istotne rozróżnienie. Obecny europejski system kontroli koncentruje się przede wszystkim na tym, ile pozostałości określonej substancji znajduje się w produkcie.
Dyskusja o klauzulach lustrzanych dotyczy szerszego pytania: czy można wymagać od importowanej żywności, aby była produkowana bez substancji uznanych w UE za szczególnie niebezpieczne?
Dla rolników różnica jest zasadnicza. Nie chodzi bowiem wyłącznie o bezpieczeństwo konsumenta mierzone poziomem pozostałości, ale również o warunki konkurencji pomiędzy produkcją europejską a importowaną.
Czy nowe przepisy rzeczywiście wejdą w życie?
Na razie nie mamy jeszcze nowych, powszechnie obowiązujących zasad, które automatycznie nakazywałyby wszystkim producentom spoza UE stosowanie dokładnie takich samych technologii ochrony jak europejskim gospodarstwom.
Analiza JRC ma przede wszystkim pokazać Komisji Europejskiej potencjalne skutki gospodarcze zaostrzenia wymagań.
Sam kierunek zmian jest jednak ważny. Komisja deklaruje, że chce przeciwdziałać sytuacjom, w których najbardziej niebezpieczne pestycydy zakazane europejskim producentom niejako „wracają” na rynek wraz z importowaną żywnością.
Dla producentów warzyw może to być jedna z ważniejszych zmian w polityce handlowej UE. Jeśli wymagania wobec importu zostaną zaostrzone, nie zlikwiduje to konkurencji ze strony państw trzecich, ale może sprawić, że będzie ona odbywała się na bardziej zbliżonych zasadach.
Czy rzeczywiście tak się stanie, będzie zależało od ostatecznego kształtu regulacji. Dla europejskiego sektora warzywniczego warto jednak uważnie obserwować dalsze decyzje Brukseli.








